[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Joanna Chmielewska

AUTOBIOGRAFIA

tom II

Pierwsza młodość

Uczmy się na cudzych biedach,

bo sami wszystkich popełnić nie zdążymy.

Pierwszego gacha sprzedałam za pół miliona złotych.

Tak ściśle biorąc, nie był to ani pierwszy, ani w ogóle prawdziwy gach. Raczej potencjalny. Lat miałam szesnaście i byłam straszliwie dumna, że podrywa mnie osobnik całkowicie dorosły, starszy prawie o dychę, żonaty, dzieciaty, i że mam na niego wpływ bez mała godny dziewiętnastowiecznej kurtyzany. Przepisywałam wówczas łacińskie teksty dla całej klasy na maszynie u ojca w biurze, a wielbiciel uparcie odwalał dodatkowe roboty w godzinach nadliczbowych i przy każdej okazji chwytał mnie w objęcia. Jako panienka przyzwoita i cnotliwa, protestowałam energicznie, ale w gruncie rzeczy pławiłam się w zachwycie.

Głupio mi było jednakże. Lubiłam czuć się w porządku, podobała mi się szlachetność, pokątne romanse i rozbijanie małżeństw, wedle wszelkich lektur i wpajanych we mnie poglądów, stanowiły coś jakby gorszego, niesmacznego i może nawet trochę hańbiącego. Stracić cnotę to jest sztuka na raz i nie należy marnować jedynej okazji w życiu byle jak, byle kiedy i z byle kim. Z drugiej znów strony facet mi się podobał, podrywanie też, miotałam się zatem w tym chaosie uczuciowym, raz pełna wyrzutów sumienia, raz satysfakcji, wciąż niepewna, co czynić. Aż do chwili, kiedy siła wyższa zadecydowała za mnie.

Mój ojciec grywał na loterii, bo toto-lotka jeszcze wtedy nie było, niezbyt drogo, ale za to na ogół fartownie. Raz wygrał pięćdziesiąt tysięcy, podatek w owym czasie od tego odrąbywano, dostał czterdzieści osiem i musiało to wydarzenie nastąpić w samych początkach imprezy, chyba w czterdziestym szóstym roku albo na początku czterdziestego siódmego, bo jakoś mi się kojarzy z naszym mieszkaniem w separatce szpitalnej na Wierzbnie. Wygrał, poszło, grał dalej.

Któregoś dnia moja matka, bardzo przejęta, wezwała mnie do łazienki. W obliczu normalnej wówczas ciasnoty mieszkaniowej łazienka stanowiła rodzaj azylu, gdzie załatwiało się sprawy w cztery oczy. Przedwojenna była, obszerna, wyłożona zieloną glazurą, z miejscem na balię, pralkę i dodatkowe umeblowanie.

- Nikomu nie mów - powiedziała moja matka. - Ojciec wygrał na loterii sto tysięcy złotych!

Pensja wynosiła wtedy około dziesięciu, za plakaty reklamowe dostawałam dwieście złotych. Usiadłam na wannie i pomyślałam:

„Mój Boże, gdyby ojciec wygrał pół miliona, słowo daję, puściłabym go w trąbę…!”

Nie ojca, rzecz jasna, tylko gacha. W jakiś sposób wydało mi się, że za wielką pomyślność powinno się zapłacić poświęceniem. Nie zdążyłam się odezwać, bo matka, po króciutkim wahaniu, podjęła męską decyzję.

- Zresztą, no dobrze, powiem ci prawdę. Ojciec wygrał nie sto tysięcy, tylko pół miliona!

O, twarz…! Słowo się rzekło, kobyłka u płotu. Znów się we mnie zakłębiły sprzeczne uczucia, ulga i żal, ulga była podwójna, a żal romantyczny, więc nawet przyjemny. Nigdy nieszczęsny podrywacz, niepomiernie zdumiony, nie doszedł przyczyn, dla których nie zdołał mnie więcej dopaść w sytuacji sprzyjającej, sam na sam. Widywać mnie mógł skolko ugodno, łacińskie teksty nadal przepisywałam, ale już zawsze przy ludziach. Dotrzymałam słowa, niczym Zawisza Czarny.

Pewne ułatwienie stanowił fakt, że tak naprawdę kochałam się wówczas w Heńku, moim kuzynie, bracie Lilki. Po większej części na odległość, on bowiem mieszkał na Śląsku, a ja w Warszawie, ale na duchu podtrzymywała mnie korespondencja i moje wizyty u nich, wakacyjne i czasem świąteczne. Ponadto od czasów Tomcia Palucha byłam już ogromnie doświadczona uczuciowo i nawet miałam za sobą ciężką tragedię, obficie udekorowaną kawałkami połamanego serca.

W wieku lat jedenastu przez połowę wakacji, i nawet jeszcze trochę potem, zakochana byłam w Jędrku z Ursynowa. Piękny to on nie był, ale za to reprezentował sobą samo życie, trochę przypominał Kmicica, też zuchwały szaleniec. Widywaliśmy się codziennie, raz zleciał z murku za pałacem w dwumetrowe pokrzywy i wybrnął z tej katastrofy mężnie, rozwalanie przez niego pieca w oficynie w moich oczach godne było zdobywania murów twierdzy, popełniał czyny rozmaite, przewyższające zgoła osiągnięcia w szrankach, i kochałam się w nim bez przeszkód, w upojeniu i najgłębszej tajemnicy. Może umarłabym z wrażenia, gdyby mnie na przykład objął ramieniem, ale na szczęście taki pomysł do głowy mu nie wpadł, wyszłam zatem z tych uczuć bez szwanku.

Zaraz następnego roku zmieniłam obiekt. Pojawił się Zdzich, też mieszkaniec ursynowskiego kompleksu, znacznie starszy, bo miał już siedemnaście lat, nad wyraz piękny chłopak. Ni z tego, ni z owego stwierdziłam nagle, że Zdzich jest bez porównania przystojniejszy od Jędrka, więc niby dlaczego mam się kochać w mniej przystojnym? Przestawiłam uczucia jak nożem ciachnął, w jednym mgnieniu oka. Nie wykluczam, iż młodzieniec również podkochiwał się we mnie przez kilka dni, ale byłam smarkata, więc skłonność nie mogła być trwała. Nie szkodzi, wmówiłam ją w siebie bardzo porządnie, podbudowała moje przekonanie Lucyna, zwracając mi uwagę, że Zdzich w nowym krawacie specjalnie spaceruje pod naszymi oknami, pogrążyłam się błogo w ufnym szczęściu i po kolejnym roku przeżyłam klęskę straszliwą.

Znów Lucyna, świeć Panie nad jej duszą, miała ślepy fart do moich wstrząsów. Już po wojnie spotkała byłych współmieszkańców i przywiozła wieść po prostu potworną, przyjechała z Ursynowa i oznajmiła, że Zdzich dostał szału na tle swojej narzeczonej Basi. Wielbi ją bez granic i w ogóle Romeo i Julia do pięt im nie sięgają. Cios to był okropny, grom z jasnego nieba, o mało się nie udusiłam ze zdenerwowania, szczególnie że musiałam symulować życzliwą obojętność, inaczej wyśmiewałyby się ze mnie przez całe życie. Na szczęście zaraz potem zakochałam się w Rudzielcu, trochę słabiej, ale jednak, więc rozpacz zelżała. Co do Zdzicha i Basi, są małżeństwem do dziś dnia i zadurzenia z młodych lat wszyscy rzewnie wspominamy.

Przeżycie to jednak było potężne i prawie czułam się dumna z ogromu tragedii, jaka na mnie spadła już w tak młodym wieku. Można powiedzieć: poznałam ten ból! Ho ho…

Następne ciosy uczuciowe dosięgły mnie, kiedy już miałam siedemnaście lat i prawdę mówiąc, tego okresu życia, na szczęście niezbyt długiego, darować sobie nie mogę. Przez kilka tygodni marnowałam czas tak skandalicznie, że włos się jeży i zgroza ogarnia.

Nastąpiło to pod sam koniec wakacji i na początku roku szkolnego. Po obozie nad morzem pojechałam do Cieszyna, wielka miłość do Heńka przeszła ze mnie na jego narzeczoną, sprzedanego gacha miałam już całkiem z głowy, a za to zakochana byłam na śmierć i życie w Stefanie, chłopaku z obozu. Mieszkał w Katowicach, ale ze względu na studia zamierzał przenieść się do Warszawy i wielkie nadzieje opętały mnie bez reszty. Umówieni byliśmy, przyjdzie z wizytą…

Od razu powiem, żeby nikt nie musiał zgadywać. Kłania się Zwyczajne życie. Komplikacje Tereski z Bogusiem mogłam opisać szczegółowo, doznania heroiny znając z autopsji, i nie pamiętałam tylko, czy rzeczywiście byliśmy razem w kinie. Świecący nos owszem, ale zatruwał mi życie tyle razy, że trudno mi ulokować go w czasie dokładnie, no i nie mieszkałam w willi, chociaż drzewo rąbać lubiłam. Reszta poniekąd się zgadza.

Wróciłam wtedy z Cieszyna chyba na tydzień przed końcem wakacji, bo pchała mnie niecierpliwość oczekiwania, i czekaniu się poświęciłam. Nie robiłam nic pożytecznego. Przed samą sobą udając, że jestem zajęta, prułam starą kieckę i wmawiałam w siebie zamiar przerobienia oraz gapiłam się przez okno na wznoszoną właśnie drugą stronę alei Niepodległości, gdzie za parkanem pracowali więźniowie. Obóz pracy, tak się to nazywało, hałasował do czwartej, co stanowiło dla mnie jakiś rodzaj pociechy, słyszałam przynajmniej życie, z którego chwilowo zrezygnowałam dobrowolnie, potem zapadała cisza i to już było coś okropnego. Ze zdenerwowania i trwałego napięcia nie byłam w stanie niczym się porządnie zająć, zdaje się, że po spruciu jednej kiecki przystąpiłam do prucia następnej, możliwe też, że zabrakło mi szmat i poprzestawałam na spisywaniu własnych wrażeń. W każdym razie tak przy pruciu, jak i przy pisaniu siedziałam przy biurku i na tym się moja aktywność kończyła.

Ostatni rok szkolny zaczął się i wcale nie pomógł. Z reguły na początku nauka rozkręcała się wolno, wielu lekcji do odrabiania nie było, wracałam ze szkoły, siadałam przy biurku i nadal rozpaczliwie marnowałam czas. Zmarnowałam w ten sposób co najmniej ze cztery tygodnie, bezpowrotnie, sama sobie przyłożyłabym zdrowo, ale już przepadło. W końcu trochę mi przeszło, przestałam wyłącznie czekać, jakaś odrobina życia mi wracała i nie spodziewałam się wizyty amanta codziennie o każdej porze. Oczywiście wtedy właśnie przyszedł.

Była akurat u mnie Janka, skończyłyśmy z lekcjami i zamierzałyśmy wyjść. Ona już miała płaszcz na sobie, ja swój chyba trzymałam w ręku, kiedy ktoś zadzwonił. Otworzyłam drzwi i skamieniałam, za nimi stał przedmiot marzeń.

Tak długo trwałam w niebiańskim osłupieniu, nie wpuszczając go do środka, że wreszcie spytał niedowierzająco:

- Nie poznajesz mnie?

Odzyskałam zdolność ruchu, ale nic więcej. Uczucia rzuciły mi się na rozum, z całą pewnością zachowałam się jak idiotka, bo Janka patrzyła na mnie z wyraźnym niesmakiem. Pojęcia nie mam, co zrobiłam z tym płaszczem, przyjąć chłopaka z jakimś sensem nie byłam zdolna, debilka z zakładu dla jednostek niedorozwiniętych lepiej by sobie dała radę. Skutek był okropny.

- Ależ wy chyba wychodzicie? - powiedział Stefan, młodzieniec dobrze wychowany i nie ogłuszony niczym. - Ja wam przeszkodziłem? Nie krępujcie się, wpadnę innym razem.

Akurat. Z wyjścia zrezygnowałam granitowo. Udało mi się zapytać tonem, który miał być lekki, a zawierał w sobie cały ładunek namiętnych emocji, całe moje oczekiwanie, cały ten kretyńsko zmarnowany czas:

- Dlaczego tak długo nie przychodziłeś…?!

- Bo sobie postanowiłem, że przyjadę trolejbusem - odparł beztrosko. - Mieli uruchomić linię, więc czekałem, no i wreszcie uruchomili…

Co pomyślałam o komunikacji miejskiej, lepiej nie mówić. Z całej wizyty ukochanego pamiętam tyle, że zgasło światło, co w owych czasach zdarzało się nagminnie i nie stanowiło ewenementu, siedzieliśmy przy jednej świecy, Janka przytomnie i miłosiernie udawała, że szuka w kuchni drugiej, całowaliśmy się na tapczanie i na tym właściwie koniec. Potem jeszcze zostało uzgodnione, że następnym razem przyjdzie w środę.

Od tamtego czasu uznałam środy za swoje pechowe dni. Czekałam na tę środę całą sobą, cud, że się nie rozleciałam na drobne kawałki, bo wszystko się we mnie trzęsło. O dwudziestej trzeciej pojęłam, iż klęska jest faktem dokonanym, chłopak, rzecz jasna, nie przyszedł.

Nie przyszedł także na imieniny, ale chyba musiałam się z nim jeszcze kiedyś widzieć, bo sam mi mówił, że ma komplikacje ze studiami, w Warszawie brakuje miejsc i może będzie musiał przenieść się do Wrocławia. Uwierzyłam w ten Wrocław, stanowił jakąś pociechę, no a potem nastąpiła scena, porządnie opisana w Zwyczajnym życiu, tyle że kolega, który w błogiej nieświadomości moich doznań udzielił mi informacji, miał na imię Bolcio. Deszcz, o ile pamiętam, lał rzęsisty, jak trzeba.

Imponujące cierpienia natury sercowej wspominam sobie rzewnie, zmarnowany czas ze wstrętem, obrzydzeniem i zgrozą. Odżałować go nie mogę do dziś!

Tegoż samego roku, tak gdzieś na jesieni, zaczęła się kolejna sensacyjno-romantyczna historia, przeznaczona mi chyba odgórnie, a narzędziem sił wyższych została koleżanka, siedząca w drugiej ławce, tuż za Janka, Halina. Chce, niech się otrząsa z odrazą, proszę bardzo, bez niej moja biografia wyglądałaby zupełnie inaczej, nie mogę jej zatem pominąć. W głębi duszy mam cichą nadzieję, że moje byłe szkolne koleżanki nie dopadną tego utworu i nie przeczytają poniższych fragmentów, a jeśli już, trudno, może któraś wnuczka ze zdumieniem zapyta, dlaczego babcia pękła ze śmiechu. Dobrze jej tak, tej babci.

Oczywistą jest rzeczą, że Halina stanowiła pierwowzór Krystyny ze Zwyczajnego życia. Nie będę się już czepiać, ale zrobiła ze mnie balona pierwszej klasy, potępiana zaś byłam jako zwykła świnia, bo nikt nie mógł uwierzyć w aż taką głupotę. Prostoduszność, zdaje się, prezentowałam rekordową, a praca myślowa na tle wyboru zawodu moje możliwości intelektualne wyczerpała do dna. Wszystkie dziewczyny znały prawdę, tylko ja jedna nie, idiotka, nic innego.

Halina miała brata. Opowiadała o tym bracie bardzo dużo. Miała także narzeczonego i o narzeczonym opowiadała również. Najpierw poznałam brata, w okolicznościach niespecjalnie romantycznych, nawet wręcz przeciwnie, bo byłyśmy razem na mieście coś chyba załatwiając, wracałyśmy do domu, ja mieszkałam dalej, na Mokotowie, ona bliżej, w Śródmieściu, była po drodze, wstąpiłam zatem do niej w nader prozaicznym celu skorzystania z toalety. Do siebie nie dojechałabym w żadnym wypadku. Pojawił się ten brat. Piękny nie był, ale spodobał mi się, bo miał w sobie coś i wydawał się ogromnie sympatyczny. Odprowadził mnie do domu, niewątpliwie z grzeczności, bo już było ciemno.

Jakoś tak zaraz potem byliśmy wszyscy razem, Janka, Halina, jej brat i ja, w kinie na „Cezarze i Kleopatrze”, we Włochach albo w Pruszkowie, bo tylko tam ten film jeszcze szedł. W Warszawie wyświetlano go w czasie wakacji, kiedy nas nie było. Mieliśmy miejsca stojące na jakiejś galeryjce, brat nie pchał się do odczytywania napisów pomiędzy ludzkimi głowami, niepotrzebne mu to było, okazało się, że język angielski zna tak samo jak polski. Zaimponował mi. Potem wracaliśmy do stacji kolejowej w ciemnościach, deszczu i okropnym błocie, one obie poleciały do przodu, jakby je kto gonił, a ja zwolniłam, bo nie umiem, i nigdy nie umiałam, chodzić w ciemnościach po błocie. Szłam jak istna pokraka, a brat mi towarzyszył, oczywiście również z grzeczności.

Przez cały ten czas Halina zwierzała nam się z problemów sercowych. Z narzeczonym nie układało jej się najlepiej, jakieś tam pojawiały się zadrażnienia, przeżywała je ciężko i chyba masochistycznie, a może po prostu podchodziła do sprawy trzeźwo i sprawiedliwe. Stojąc pod szkolnym piecem, powiedziała do mnie:

- Ja się dla niego nie nadaję. Ty na moim miejscu byłabyś lepsza. Właściwie na żonę dla niego nadajesz się tylko ty.

Wstrząsnął mną dreszcz zgrozy, chociaż opinię przyjęłam jako komplement. O facecie słyszałam dotychczas okropne rzeczy.

Po pierwsze, miał na imię Stanisław, a nigdy nie lubiłam tego imienia. Po drugie, uwielbiał zupy, a ja zup nie znosiłam od dzieciństwa. Po trzecie, był cholerykiem, wybuchał awanturami i czerwieniał przy tym na twarzy, obrzydliwa cecha! Po czwarte, kochał wcześnie wstawać i o poranku czuł się jak skowronek, ja akurat odwrotnie, a wczesnym wstawaniem dojadła mi moja matka i miałam tego po dziurki w nosie. Po piąte, w ogóle należało się z nim obchodzić jak ze śmierdzącym jajkiem.

Słuchałam jej gadania i najszczerzej w świecie, z wielką ulgą, myślałam sobie: „Co za szczęście, że to nie ja będę jego żoną!” Chociaż zalety oczywiście posiadał również, inteligencję, poczucie humoru, pogodne usposobienie, ogólnie był porządny i nie dziwkarz.

Nie pamiętam, co jej odpowiedziałam na temat wymiany narzeczonych narzeczonego, wyznałam za to, że bardzo mi się jej brat podoba.

- Ty jemu też - odparła na to sucho i jakoś dziwnie.

Po czym wyszło na jaw, iż brat i narzeczony stanowią jedną osobę. Pamiętam, że na tę wieść zrobiło mi się dosyć głupio w sobie.

Brata nie miała wcale, powstał niejako pod przymusem. Kiedy zapisywała się do naszej szkoły, musiał przyjść ktoś z rodziny, jej rodzice mieli akurat jakieś problemy, zaistniały komplikacje, w rezultacie poszedł narzeczony robiący doskonałe wrażenie, przedstawił się jako brat, wydelegowany przez starsze pokolenie, został zaakceptowany i przynajmniej jakiś czas musiała się go trzymać. Obecnie potrzeba ta znikła, ale jej weszło w nałóg i może nawet nie przypuszczała, że nie znam prawdy. Klasa znała i patrzyła na mnie wzrokiem pełnym nagany. Odbijałam chłopaka przyjaciółce.

Wcale nie chciałam i wcale nie miałam tego zamiaru. Gwałtownie i w lekkim przygnębieniu spróbowałam ograniczyć stosunki z bratem, pardon, z narzeczonym, zaniechałam korespondencji z nim w szkolnych zeszytach, usiłowałam usunąć się na ubocze, możliwe, że nieudolnie, ale taki był mój uczciwy zamiar, przy czym własna szlachetność ogromnie podnosiła mnie na duchu. Haliną zdenerwowałam się autentycznie, lubiłam ją bardzo od początku, martwiłam się o nią i sumienie mnie gryzło. Prezentowała upadek psychiczny kompletny i, Jezus Mario, pojawiła się perspektywa wprost przerażająca: ona nie zda matury!!!

Przyszła wreszcie chwila strasznie skomplikowana sprzecznymi doznaniami. Chodziłyśmy wtedy razem, Halina, Janka i ja, na te ćwiczenia baletowe. Od^ bywały się dość późno, chyba o piątej albo o szóstej, trwały dwie godziny i na Halinę czekał fałszywy brat i prawdziwy narzeczony. Wyszłyśmy. Gdzie się podziała Janka, stanowiąca dla mnie rozpaczliwą podporę duchową, pojęcia nie mam, zdaje się, że tego dnia wcale nie przyszła, o co miałam do niej ciężką pretensję. Pojechałam na miasto, możliwe, że na trasę WZ, wypisz wymaluj jak Tereska, oni udali się do domu, też w końcu wróciłam i okazało się, że pod moim domem czeka na mnie źródło konfliktu.

Prawie się przeraziłam, bo to już wyglądało jednoznacznie. Zarazem błogość niebiańska spłynęła na moje jestestwo, szczęśliwa się poczułam i zakłopotana straszliwie, wcale nie chciałam Halinie odbijać faceta, ohydne to było, już taka świnia nie jestem, rany boskie, co ja mam zrobić?! Nic nie zrobiłam. Poszliśmy na krótki spacer i ze zdenerwowania z pewnością powiedziałam coś głupiego, ale on już znajdował się na etapie „jak ona ślicznie pluje” i każde moje kretyństwo powitałby zachwytem.

Przy okazji wyjaśniam kwestię ślicznego plucia. Już Makuszyński to wiedział. Serce nie sługa, a miłość jest ślepa, osoba obojętna to kretynka, która nie umie ugotować kartofli, osoba ukochana tak uroczo te kartofle przypaliła! Osoba ukochana może podpalić miasto, jak wdzięcznie przy tym podpalaniu wyglądała! I tak dalej. Jest to po prostu etap radykalnego zaćmienia umysłowego, a osoba ukochana nie posiada wad.

Wracając do dramatu uczuciowego, chyba zaraz nazajutrz odbyłyśmy z Haliną poważną, męską rozmowę. Poszła na to cała lekcja łaciny, którą przesiedziałyśmy w szatni. Ona przekazała swój skarb w moje ręce, domagając się przysięgi, że go uszczęśliwię, sama z nim zerwała, on chciał udawać miłość do końca roku szkolnego, żeby jej nie bruździć w nauce, ale udawanie źle mu wychodziło, więc niech ma tę wolność, którą mnie teraz będzie rzucał pod stopy. Pozostaną w przyjaźni, bo towarzyskie więzy są liczne, rodziny się znają, jego dwie siostry to jej przyjaciółki, a mnie nienawidzą śmiertelnie, on zaś będzie jej pomagał w matematyce i fizyce, na Politechnice studiuje, żeby jeszcze i z tą maturą nie było komplikacji.

Przyjęłam prezent z całym dobrodziejstwem inwentarza, a ciężar odpowiedzialności za cholerną maturę przygniótł mnie kamieniem młyńskim. Postanowiłyśmy uczyć się razem, szlachetność i wielkoduszność aż nam tryskały uszami, facet facetem, a przyjaźń przyjaźnią, ona go u mnie nie spotka i w ogóle nie będzie o nim gadania, za to kwestię szkoły potraktujemy poważnie.

Najdziwniejszy ze wszystkiego jest fakt, że nawet nam to wyszło. Propedeutykę filozofii podpowiedziałam jej w całości, kiedy zdawała przy tablicy na stopień. Nauczycielka stała za mną twarzą do katedry, Halinę widziała, ale mojej gęby nie, mogłam zatem przekazać jej pełnię wiedzy. W grę wchodził kwadrat logiczny, twardo zwany przez klasę kwadratem magicznym, Halinie jakoś nie leżał i rogi jej się myliły, pomysł nauczycielki bardzo ułatwił mi zadanie. Historii uczyłyśmy- się razem, przeważnie z moich notatek, i raz mnie Halina zaniepokoiła poważnie. Siedziała nad zeszytem bez ruchu chyba z pół godziny, wpatrując się w jedno miejsce wzrokiem beznadziejnym. Łypałam na nią okiem delikatnie, nabrałam obaw, że to depresja, niepewność mnie ogarnęła, co z nią zrobić, jak temu zaradzić, wyrzuty sumienia szarpnęły mnie pazurami, odezwać się do niej, czy milczeć taktownie…?

Na szczęście odezwała się Halina.

- Słuchaj - powiedziała jakoś rozpaczliwie i w przygnębieniu. - Co to jest upafuga?

Zaskoczyła mnie. Pomyślałam, że coś jej się stało.

- Co?

- Upafuga. Tu masz tak napisane…

Chwyciłam zeszyt. Bazgrały tam były rzeczywiście słabo czytelne.

- ”Wycofują się”! - jęknęłam. - Jaka znów upafuga? Ten gzygzoł to jest „się”!

- Cholera - powiedziała z irytacją Halina. - Godzinę siedzę i myślę, co to może być upafuga i już się zaczęłam obawiać, że to coś ze mną niedobrze. Do tego stopnia nie znać historii…!

Zanim doszło do matury, tragedia już zbladła, możliwe, że zaczął ją pocieszać jej przyszły mąż, ale na ten temat nie miałam żadnych informacji. Maturę w każdym razie zdała, odetchnęłam z ulgą i mogłam zająć się sobą, na co był już najwyższy czas.

Przekazany w moje ręce narzeczony otoczył mnie uczuciem głębokim i kompletnie zapomniałam, że nie chciałam go za męża. Zmieniłam poglądy, gotowa byłam przyrządzać mu cysterny zup, został przedstawiony rodzinie i zaakceptowany, postanowiliśmy wziąć ślub we wrześniu. Byliśmy pełnoletni, ja miałam osiemnaście lat, a on dwadzieścia jeden, ale pieniędzy mieliśmy tyle co kot napłakał, ja przed maturą nie udzielałam już korepetycji, a on jechał na pracach zleconych, zdaje się, że były to jakieś tłumaczenia z angielskiego, na sam ślub i obrączki zarobił, na tym się jednakże skończyło. Garnitur posiadał jeden, osobiście obszywałam mu rękawy u marynarki, żeby strzępy nie wystawały, przynajmniej w kościele.

Terminy uległy nam zmianie, bo okazało się, że jestem w ciąży, co przestraszyło mnie mocno i uszczęśliwiło niebotycznie. Mówiłam już przecież, że byłam śmiertelnie głupia… Wobec mojej rodziny zastosowaliśmy dyplomację wysokiej klasy, dostarczając wrażeń stopniowo. Najpierw młodzieniec oświadczył się oficjalnie w obecności mojej matki, ojca i Lucyny. Zdenerwowany był szaleńczo, przemówienie wydusił z siebie z wysiłkiem i w pocie czoła.

Moja matka nie przerwała nawet układania pasjansa.

- Ona i tak zrobi, co będzie chciała - powiedziała spokojnie.

Ojciec na jedno ucho nie słyszał, treść oracji do niego nie dotarła, zorientował się nagle, że coś się dzieje i zażądał powtórzenia. Lucyna dostała ataku śmiechu. Przezornie operowaliśmy terminem wrześniowym, co w początkach czerwca wydawało się jeszcze odległe.

W dwa dni później oznajmiliśmy, iż związek małżeński zawieramy w lipcu, a po następnych dwóch dniach wyjawiłam swój stan. I tu rodzina stanęła na wysokości zadania, za co przez całe życie byłam im serdecznie wdzięczna.

Moja matka, usłyszawszy wstrząsającą nowinę, nie powiedziała nic, tylko nieco bezradnie popatrzyła na siostrę i męża. Lucyna była chora na jakąś lekką grypę, leżała na tapczanie.

- No i cóż takiego? - rzekła lekceważąco. - Ja się tego domyślałam już dawno.

- Oj, to ja będę dziadkiem? - ucieszył się ojciec. - Jak to świetnie!

Teresa zareagowała równie szlachetnie. Jako moja chrzestna matka zobowiązała się dostarczyć mi strój, korespondencyjnie powiadomiona o uciesze i zapytana, czy w obliczu tej drobnej zmiany nie załatwić niezbędnych formalności jakoś mniej uroczyście, odpisała stanowczo: „Ślub będzie na biało! Postanowiłam!”

W pięćdziesiątym roku obowiązywały już śluby cywilne, ale nikt nie traktował ich poważnie, uważając za rodzaj rejestracji, i dla normalnych jednostek podstawę związku stanowił ślub kościelny. Ślub cywilny brało się byle jak. Słyszałam o dziewczynie, która zwyczajnie zapomniała, że ma umówioną tę wizytę w Urzędzie i spokojnie myła w domu podłogę, kiedy przyleciał zdenerwowany narzeczony z krzykiem, że są spóźnieni i wypadną z kolejki. Poderwała się, narzuciła płaszczyk i popędziła za nim. W Urzędzie Stanu Cywilnego okazało się, że nie ma siły, świadkowie i państwo młodzi muszą się rozebrać i zostawić okrycia w szatni. A panna młoda miała na sobie to, w czym tę podłogę myła, starą kieckę, dziurawą i brudną, świeżo zachlapaną mydlinami. Wystąpiła w tej wytwornej odzieży, ślub dano im z pewnym wahaniem i zdaje się, że na boku usłyszała parę słów od pracowników Urzędu.

Ustaliliśmy termin cywilnego ślubu na lipiec, a kościelnego na sierpień. Lato spędzałam w Mikołajkach z moją matką i którąś ciotką, ale we właściwej chwili przyjechałam do Warszawy i też potraktowałam formalność lekceważąco. Jedyną rozumną myśl miałam poprzedniego dnia. Wracając z miasta do domu, uświadomiłam sobie nagle, co robię, Jezus Mario, jutro wychodzę za mąż, chyba zgłupiałam, koniec wolności, koniec życia, „gdy na dziewczynę zawołają żono, już ją żywcem pogrzebiono”, musiałam upaść na głowę, a może by tak zrezygnować…? Myśl gnieździła się we mnie krótko, przy ulicy Madalińskiego przydusiłam ją i z lekkim westchnieniem żalu usunęłam poza horyzont.

Nazajutrz oderwałam się nie od mycia podłogi, tylko od smażenia kotletów schabowych, bo w domu był ojciec, narzeczony i pies i jakiś obiad należało im dać, pamiętna doznań dziewczyny od mycia podłogi włożyłam coś normalnego i spóźniłam się na Willową tylko pięć minut. Świadkami byli dwaj panowie, przyjaciel narzeczonego, niejaki Renek, oraz mój ojciec, który uczestniczył w ceremonii dobrowolnie i na własne życzenie. Potem poszliśmy na kawę i lody, a potem razem z mężem pojechałam znów do Mikołajek.

Odczułam wówczas podobieństwo do własnej matki w formie dość przerażającej. Nie lubiła podróżować pociągiem w nocy, warunki zresztą ciągle były raczej spartańskie, i po którymś powrocie z Katowic wyznała nam, że z wielkim trudem powstrzymała się od powypychania ludzi z wagonu. Denerwowało ją wszystko nieznośnie i miała szaloną ochotę zerwać się i wszystkich po kolei wypchnąć za drzwi, obojętne, w czasie jazdy czy w czasie postoju. Precz z tymi ludźmi!

Jadąc nocą do Mikołajek, trzymałam w rękach litrową butlę z herbatą. Coś mi się zrobiło w środku i nagle poczułam w sobie dziką, szaleńczą chęć walenia współpasażerów tą butlą po głowach. Mój mąż obok mnie zasypiał, broda mu opadała na piersi, z irytacją podnosiłam ją palcem ku górze i może to mnie zdenerwowało. Ściskałam flachę w garści i desperacko walczyłam z ponętnym obrazem: zrywam się i walę, z rozmachem, z ulgą, najpierw tych naprzeciwko, a potem następnych… Przypomniałam sobie, że moja matka jednak ludzi nie powypychała i jakoś dotrwałam do końca.

W Mikołajkach znów się na mnie rzuciła ryba. Uprzedzałam, że różne kontakty z rybami będą się za mną wlokły przez całe życie! Gdzie mieszkaliśmy, nie pamiętam, może nie w samych Mikołajkach, tylko trochę obok, w każdym razie do Śniardw było blisko. Pożyczyliśmy łajbę od rybaka, wielką, nieruchawą, taką na pagaje, i moja mamusia została nakłoniona do wiosłowania. Nauczyła się zdumiewająco szybko, pruła po fali na Śniardwach jak maszyna, trzeba było tylko pilnować kierunku, bo to jej nie szło. Siedziałam na rufie i trzymałam żyłkę, mój świeżo zaślubiony mąż postanowił złapać szczupaka, zostawił mnie z tym oprzyrządowaniem, a sam zajmował się wioślarką. Zagapiłam się oczywiście, żyłka nagle zaczęła wymykać mi się z rąk, przytrzymałam ją odruchowo, w wodzie coś się rzuciło, szarpnęło, zobaczyłam potwora, wrzasnęłam okropnie i puściłam wszystko. Szczupak, możliwe, że złapany, uciekł razem z żyłką i jakimiś drobnymi przedmiotami, które zgarnęła z dna, mój mąż skoczył na pomoc, omal nie przewracając łodzi, ale za późno, a moja mamusia zgubiła wiosło. Mimo wszystko uszliśmy z tego z życiem.

Prawdziwy ślub brałam dwunastego sierpnia, zanim to jednak nastąpiło, złożyłam wizytę rodzicom narzeczonego. Wedle przepisów prawnych, już męża. Z góry wiedziałam, że akceptowana nie będę, jedyną małżonką odpowiednią dla beniaminka mogła być księżniczka Małgorzata angielska, wszystko poniżej stanowiło mezalians, ale wola boska, wizytę należało złożyć i dać się poznać. Poszliśmy, mąż dziko zacięty, ja zdenerwowana.

W domu była tylko teściowa i jedna siostra, Jadwiga. Teść chyba gdzieś wyjechał, a druga siostra, Marysia, wyszła, albo może odwrotnie. Marysia wyjechała, a teść wyszedł, żeby nie brać udziału w obrzydlistwie. Teściowa dała sobie radę bez żadnej pomocy.

Wizyta miała charakter iście dziewiętnastowieczny i chwilami miałam wrażenie, że znajduję się na przedstawieniu. Prawie się nie odzywałam, sprzeczał się z matką mój mąż, a zakończenie było wielce dramatyczne.

- Żeby wam wasze dzieci odpłaciły! - zawołała z gniewem teściowa.

- Nasza noga tego progu więcej nie przekroczy! - wrzasnął na to we wzburzeniu mój mąż.

Jadwiga się nie wtrącała, chociaż w zasadzie była po mojej stronie. Wyszliśmy i na schodach, z listu teścia do syna, dowiedziałam się, że jestem dnem moralnym. Złapałam na fałszywą ciążę chłopaka z dobrej rodziny, żeby korzystać z dóbr materialnych i wkraść się w wyższe sfery. Nic z tego nie będzie, błogosławieństwa rodzicielskiego nie uzyskamy, a rozpustna ohyda nie zostanie do rodziny przyjęta.

Kalumniami się specjalnie nie przejęłam, ale mojego męża szlag trafił i rezultat był idiotyczny. Przez półtora roku stosunki z teściami nie istniały w ogóle, syn wyrzekł się rodziców, nie pokazał się im na oczy i może trwałoby to w nieskończoność, gdybym nie spotkała przypadkiem na ulicy Jadwigi.

- Słuchaj - powiedziała do mnie - nie wygłupiajcie się, matka płacze, jak się go wspomni, przecież nie pójdzie was przepraszać. Zrób coś, sama rozumiesz.

Zrobiłam. Ostatecznie matka to matka.

- Jazda - powiedziałam do męża. - Dosyć tego kretyństwa, idziemy do twoich rodziców!

Poszliśmy, zostaliśmy przyjęci z otwartymi ramionami, teściowa padła synowi na szyję i ofiarowała mu materiał na garnitur. Nie chciał przyjąć, ale dał się przekonać i do końca życia moich teściów pozostałam z nimi w przyjacielskich stosunkach.

Oczywiście znów dygresyjnie wybiegłam do przodu, ale już wracam, bo wszak nie było jeszcze kościelnego ślubu. Będzie za chwilę.

Szmatę na kieckę i białe pantofle zdobyła i przywiozła Teresa, tiul na welon dostało się gdzieś w Warszawie, wszystko cudem i spod lady. bo zaopatrzenie w pięćdziesiątym roku było w pełni zgodne z ustrojem. Przyjechała z Cieszyna Lilka. Mój mąż załatwił sprawę w kościele z dużym gestem, w grę wchodził wyłącznie kościół Zbawiciela, gdzie indziej nie zgadzałam się brać ślubu, tylko tam, bo to był mój ukochany kościół. W zasadzie powinno się to odbywać w parafii panny młodej, a zatem w kościele Świętego Michała, gdzie ślub brała Teresa, ale uczyniono ustępstwo i wyrażono zgodę na parafię pana młodego. Pan młody w pierwszej kolejności spytał, ile ślub kosztuje, na co usłyszał odpowiedź, że nic. Sam ślub nic, kosztują elementy towarzyszące. Znów spytał, ile też te elementy towarzyszące na ogół wymagają, ksiądz wyznał, że zazwyczaj kształtują się w granicach siedmiu, ośmiu tysięcy, na co mojemu mężowi wyrwało się szczerze:

- To nie tak dużo, myślałem, że piętnaście…

Ksiądz się ucieszył, mąż dał piętnaście i ślub odbył się z szykanami. Ch...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • gackt-camui.opx.pl